BLOG

Dlaczego zaczęłam pisać blog i jaki to ma związek z moją osobistą drogą samopoznania?

Nie pamiętam momentu, kiedy postanowiłam, że zacznę pisać blog, ale pamiętam satysfakcję jaka towarzyszyła mi kiedy ponad dwa lata temu ukończyłam pisanie swojej pracy magisterskiej ,,Sztuka kobiet jako medium komunikacji społecznej„. Podobał mi się wówczas cały ten proces pisania. Od zbierania myśli, kompletowania materiałów z jakich czerpałam wiedzę niezbędną do napisania wartościowej treści przez układanie tekstu, aż do korygowania go. Pomyślałam wtedy, że pisanie jest naprawdę kreatywną i twórczą formą wyrazu i nie wykluczone, że jeszcze do tego wrócę. Minęło trochę czasu od tamtego momentu i dopiero teraz czuję, że to odpowiedni czas aby znów zacząć pisać. Tym razem w formie bloga, który jak wiadomo jest luźną, otwartą przestrzenią do wyrażania siebie. Chęć pisania idealnie zbiega się z tym, że przyszedł czas w moim życiu, w którym odczuwam silną potrzebę przyjrzenia się temu jak żyję, czym się otaczam, o czym myślę, jak wygląda rutyna mojego dnia itp. , także tematów mi nie brakuje. A jeśli posłużę się możliwość jaką daje blog, łączenia tekstu z fotografią to będzie to dla mnie idealny sposób aby się spełniać i wyrażać.

Pisanie, oprócz realizowania potrzeby kreacji, ma również inne swoje atuty. Pisząc mam poczucie dystansowania się od swoich doświadczeń. Spisanie tego co się wydarza, co jest przedmiotem moich obecnych myśli i czynów od najmniejszych detali, do wielkich zmian daje mi poczucie ,,porządku życia”. Pisząc blog mam możliwość spojrzenia na to co robię i czego doświadczam z innej perspektywy. Wszystko co spisane zaczyna wydawać się coraz bardziej klarowne. Łatwiej rozpoznaję powiazania, że nic w życiu nie wydarza się przypadkowo, że wszystko to ciąg zdarzeń i każde z nich wynika z poprzedniego. Tych przeplatających się życiowych sfer jest wiele i każda przenika się między sobą. Sfera finansowa, ze sferą relacji międzyludzkich. Ta z kolei przeplata się ze zdrowiem, zdrowie ciągnie za sobą poczucie radości lub jego brak itd… Każda ważna, choć różnie odczuwana. Jedna sprawia wrażenie wielkiego ciężaru, inna lekko płynąca (to akurat sprawa indywidualna). W moim życiu przyszedł taki moment, że postanowiłam wziąć ,,pod lupę” to co dzieje się wokół mnie począwszy od przestrzeni, w której żyję czyli mojego domu. I od tej tematyki zacznę swoje wpisy na blogu a co przyjdzie później? Życie samo napisze 🙂

Zbierajmy doświadczenia a nie rzeczy

Życie w rzeczywistości, która nas otacza nie posiadając choć kilku podstawowych przedmiotów, jest raczej nie możliwe. Wiele z nich ułatwia nam codzienność, sprawia, że dużo sprawniej i szybciej przemierzamy przez codzienne wyzwania. Ubrania, które sprawiają, że jest nam ciepło i komfortowo. Naczynia, z których codziennie się posilamy… i można tak wymieniać… Pytanie tylko czy ilość przedmiotów w naszym otoczeniu nie stała się zbyt wysoka w w stosunku do naszych potrzeb? Czy nie gubimy się w tym co posiadamy? Czy przedmioty nas nie przytłaczają? Takie i podobne pytania zadawałam sobie na początku mojej drogi do… i tu najprościej byłoby wstawić słowo minimalizmu ale minimalizmem jeszcze nie jest. I wcale nie musi. W całym tym procesie jaki uruchomiłam najbardziej satysfakcjonuje mnie ograniczanie materii, którą się otaczam do minimum oraz to co podczas oczyszczania zarówno wewnątrz mnie, jak i wokół zaczyna się zmieniać. Dla mnie pozbywanie się zbędnych rzeczy było i nadal jest wielką ulgą… to jak wyrzucanie z plecaka ciężkich przedmiotów, kiedy chcemy wdrapać się na wielką górę. To jak odkopywanie swojej prawdziwej natury wcześniej pokrytej skorupą zwaną ,,posiadam”- ale właściwie nie do końca nie wiem co i po co. Często utożsamiamy się z tym co posiadamy, ale kiedy pozbędziemy się przedmiotów do minimum odkrywamy lekkość i robimy tym samym przestrzeń na nowe lub to co już znane lecz do tej pory ciężkie do osiągnięcia, ponieważ zakłócone chaosem panującym wokół nas. Pokryte obciążeniami w postaci przedmiotów, miało małe szanse na zmaterializowanie.

Zanim zaczniesz swój własny proces, warto ustalić sobie intencję dla jakiej to robisz. Prócz podstawowej jaką jest oczyszczenie przestrzeni z nadmiaru, inną ważną może być np. chęć zrobienia miejsca na realizację czegoś co dawno chodziło nam po głowie ale nie mieliśmy na to przestrzeni. Intencjonalność oczyszczania otoczenia w jakim żyjemy wygląda inaczej dla każdego z nas. Każdy z nas jest inny, prowadzi inny tryb życia, ma inne potrzeby, pasje, inaczej lubi spędzać czas dlatego nie ma jednej rady jak krok po kroku zabrać się za to o czym piszę. Niemniej jednak zachęcam wszystkich do przyjrzenia się temu czym się otaczamy, zbadania czy na pewno potrzebujemy tego wszystkiego czym się otaczamy czy nas to podnosi czy raczej przygnębia? W moich wpisach pojawią się opisy tego jak przebiegało to u mnie. Może swoimi obserwacjami i zmianami zainspiruję Cię i przekonam, że naprawdę cuda potrafią zdziałać proste zabiegi, które kosztują odrobinę pracy a przynoszą duże korzyści. Życzę wszystkim doświadczania lekkości jaka towarzyszy procesowi oczyszczania.

Bałagan w domu to nie tylko rozrzucone przedmioty i okruchy pod jadalnianym stołem

Nie potrafię określić dokładnego czasu, kiedy po raz pierwszy odczułam wielką chęć ,,zapanowania” nad tym co mnie otacza. Wiem na pewno… było to bardzo dawno temu i z długimi zastojami czasowymi doprowadziło mnie do dnia dzisiejszego, kiedy to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że proces ,,oczyszczania” mojej życiowej przestrzeni ze zbędnych przedmiotów dobiega końca. Czy to znaczy, że mój dom dziś błyszczy czystością? Absolutnie nie 🙂 . Życie w nim tętni, więc jak mogłoby obyć się bez widoku zlewu pełnego naczyń, sterty prania, kurzu na półkach i plam na podłodze? To elementy codzienności. Pisząc ,,oczyszczenie” mam na myśli dogłębne rozprawienie się z tym czym się otaczamy w swoich domach.

Natłok przedmiotów poupychanych w mało dostępnych szafkach, piwnica po sufit załadowana zupełnie nie potrzebnymi rzeczami. Dziesięć zimowych kurtek z czego przydają się tylko dwie, zapas przeterminowanych puszek z groszkiem konserwowym czy innymi produktami długo terminowymi. Osiem zmian pościeli których i tak choćbyśmy mieli tłumy gości nigdy nie użyjemy.

Znacie to?

Miałam podobnie, ale przyszedł czas kiedy bardzo silnie poczułam tym zmęczenie. Przytłumiły mnie te wszystkie rzekomo potrzebne rzeczy, więc zaczęłam proces oczyszczania. Z każdym wyrzuconym przedmiotem czułam jak schodzi ze mnie ciężar. Bywało, że na myśl o zrobieniu sobie przyjemności zabierałam się za kolejne wyrzucanie. Przynosiło mi to uczucie lekkości, co więcej zaobserwowałam zależność między moim samopoczuciem, a tym co otacza mnie w mojej domowej przestrzeni. Im mniej przedmiotów wokół mnie, tym lepiej się czułam. Motywowało mnie to do dalszego działania i obserwacji, co takiego przynosi mi ta zmiana, którą wdrożyłam w swoje życie.

Dla tych, którzy właśnie rozglądają się dookoła siebie sprawdzając jak to wygląda u Was dodam, że oczyszczanie przestrzeni ze zbędnych przedmiotów wcale nie musi równać się porządkowi postrzeganemu na co dzień dookoła nas. Rozgardiasz a nadmiar rzeczy w domu to dwie inne sprawy. Mnie zainteresowało ograniczanie nadmiaru rzeczy a z porządkiem na co dzień mam jeszcze trochę do popracowania :-). Pracuję nad tym ale nadal często zdarza mi się nie odkładać przedmiotów na miejsce a podczas poszukiwanie czegoś w szufladzie wywrócić jej zawartość do góry nogami. Jednak dziś po ograniczeniu swoich rzeczy do minimum moje bałaganiarstwo ma zupełnie inny charakter. Przywrócenie porządku we wspomnianej szufladzie zajmuje dużo mniej czasu i nie przeraża tak jak kiedyś. Wcześniej w poszukiwaniu jakiegoś przedmiotu wciąż natykałam się na wołające o uwagę przedmioty, których nawet nie byłam w stanie wszystkich dostrzec bo było ich po porostu za dużo.

Postanowiłam coś z tym zrobić i już po pierwszych miesiącach pracy pojawiły się efekty.

Skończył się czas, kiedy każda pozostawiona na wierzchu rzecz przywoływała dręczącą myśl typu: ,,ach muszę zanieść ten zegarek do naprawy” lub ,, trzeba w końcu zanieść te buty do szewca”. Pozbyłam się rzeczy, od których jak zauważyłam czasem zależało moje samopoczucie. Nic gorszego jak nie pozałatwiane zaległe sprawy, które blokują ,,płynięcie” na przód. Jestem przekonana, że bałagan i natłok przedmiotów kradnie tak cenną energię, którą możemy wykorzystać do kreacji naszego wymarzonego życia dlatego tak bardzo ważna stała się dla mnie kwestia tego co wokół mnie i naprawdę gorąco polecam poświęcenie uwagi i energii temu co nas otacza po to, aby później wykorzystać czas na zajęcia bardziej kreatywne i rozwijające.

Początkowo może być trudno ale nagroda w postaci lekkości, większej przestrzeni, energii ale też czasu gwarantowana!

Przepych i pustka. Czy możliwe jest doświadczać obu jednocześnie?

Która z Was nie zna ekscytacji z nowo zakupionej rzeczy? Czy to nowej torebki, butów czy jakiegoś gadżetu do domu? A czy próbowałyście kiedyś zaobserwować jak długo trwa ta ekscytacja? I czy warto brnąć w bajkę pt. ,,Mieć znaczy być ,, usilnie poszukując w tym szczęścia? Przyglądałyście się temu całemu procesowi jaki zachodzi od momentu zakupu dooo … no właśnie dooo…. czy tu nie należałoby wstawić słowa PUSTKA? okraszona jakimś materialnym gadżetem czy to ciuchem, torebką czy innym? Na podstawie własnych doświadczeń ale też rozmów z innymi kobietami mam wrażenie, że ten zgubny proces chęci wypełnienia wspomnianej pustki, przebiega mniej więcej tak:

Najpierw polowanie. Mocno skupione podążamy po galeryjnych korytarzach z nadzieją na jakiś ,, smakołyk,,. Na horyzoncie pojawia się smaczny kąsek. Jest! Przedmiot, który do nas ,,krzyczy,, przekonując nas do zakupu, skutecznie uruchamia żądzę posiadania. Chwila namysłu. Ekspresowy wewnętrzny dialog między rozsądkiem a ulotnym złudzeniem szczęścia z mocniejszym brzmieniem tego drugiego. No i stało się! Haczyk połknięty. Mamy to! Upolowany przedmiot jest już nasz!

Dumnie niesiemy zdobycz do domu, po drodze zapominając o jej nabyciu 😉 Upychamy do już i tak pełnej szafy. I życie toczy się dalej… aż do kolejnego podobnie odegranego scenariusza , który rzekomo daje nam szczęście?!! I można w to wierzyć i tak żyć… sycąc się okruchami złudnego poczucia szczęścia. Ale czy faktycznie szczęścia? Czy otwierając tę skarbnicę magicznych przedmiotów w postaci swojej szafy nie czujesz się nagle gorzej? Z masy małych ,, szczęść,, nagle tworzy się uczucie przygnębienia, kiedy to próbujemy założyć ulubione jeansy a one tajemniczo przepadły w gąszczu innych, nawet nie przymierzanych? Jak to możliwe? Przecież nabywałyśmy to wszystko z intencją poprawy nastroju a teraz już nas to tak nie cieszy?

Przepych, nadmiar, chaos z tym kojarzy mi się to co tworzymy wokół nas poprzez nieświadome zakupy ubrań czy innych przedmiotów. Im więcej nadmiaru nieużytecznej materii tym mniej wewnętrznej radości. Tak jest mój wniosek.

Nie chciałabym aby opisany przeze mnie mechanizm działania został odebrany jako krytyka tych Pań, które kupując nie utożsamiają się z powyższym opisem . Uważam, że każdy ma prawo do swoich przekonań i działania według swoich zasad. To co piszę oparte jest na moich własnych obserwacjach i przemyśleniach. Kilka lat temu sama szukałam małych ,, szczęść,, zewnątrz teraz widzę to z perspektywy i ową perspektywę pragnę Wam przedstawić.

Ktoś mógłby powiedzieć : To co? Nie należy nic kupować i wtedy przyjdzie do nas prawdziwe szczęście? To nie do końca tak…. Świadome zakupy są w porządku a zakupy na oślep już nie ( niestety przeważnie robimy je ,,po omacku,, ).Kierujemy się impulsem i argumentami typu: bo modne, bo wszyscy teraz takie mają …itp itd. A co to oznacza świadome zakupy? To według mnie zakupy poprzedzone wewnętrznym dialogiem z samym sobą. Pytaniami typu: Czy przypadkiem nie próbuję zakupami ,,zapchać,,jakiejś wewnętrznej pustki? Czy kupuję to bo naprawdę TEGO potrzebuję czy bo lubię dreszczyk towarzyszący łowieniu, polowaniu, posiadaniu? Czy kupuję bo panuje obecnie moda na posiadanie TAKIEJ rzeczy. A może kupuję bo inni będą zazdrościć a ja wtedy z ,,urosnę,,?

Szczery wewnętrzny dialog z samą sobą daje nam możliwość takiego rozpoznania, a rozpoznanie przychodzi zawsze z chwilą zatrzymania i gotowością na przyjrzenie się temu czym tak naprawdę się kierujemy. ,,Zbiorowym umysłem,, który wie od nas lepiej co jest nam potrzebne i dobre ? Czy własnym odczuwaniem i troską o własne dobro?

Na zakończenie dodam, że w każdej dziedzinie życia potrzebny jest balans. W zakupach również! Zakupy to część życia tu na ziemi. Nie jestem za skrajnością. Uważam, że otaczanie się przedmiotami, których naprawdę potrzebujemy choćby dlatego, że ułatwiają nam codzienne funkcjonowanie a do tego są piękne i cieszą nasze zmysły jest według mnie istotne. Świadczy to o szacunku do siebie i dbaniu o siebie. Pamiętajmy tylko, że oddanie własnej energii w nadziei, że materią utulimy swoje wewnętrzne wołanie ,,pociesz mnie,, to niewłaściwa ścieżka. Na tej ścieżce znajdziemy zewnętrzny przepych ale wewnętrzną pustkę.

Jakość a nie ilość

Tak jak wynika z moich poprzednich wpisów do Perfekcyjnej Pani Domu mi daleko a i minimalistką jeszcze się nie mianuję. Moje ,,ogarnianie” ma jak wspomniałam troszkę głębszy wymiar niż samo postanowienie posprzątania domu i doprowadzenia go do błysku. Chodzi tu o lekkość i przyjazne stosunki z każdą rzeczą, która mnie otacza (myśl przewodnia mojego działania to: mało ale jakościowo) oraz płynny przepływ energii w przestrzeni w której żyję. Kiedy z tymi założeniami rozpoczęłam swoją pracę i zobaczyłam efekty napędziło mnie do kolejnych kroków. I tym sposobem etapami rozprawiałam się z materią aby dać miejsce wspomnianej lekkości. Brzmi dziwnie? Rozprawienie się z rzeczami a lekkość? W kolejnych wpisach swoimi doświadczeniami dam temu potwierdzenie.

Dziś o kuchni.

W kuchni, jak nigdzie indziej w domu, życie tętni wyjątkowo intensywnie. To tu wciąż coś się dzieje, cały czas jest ruch i działanie ( przynajmniej u mnie). Często od jej organizacji zależy długość czasu spędzonego podczas przygotowania posiłków. Moim założeniem było mieć minimum rzeczy ale za to funkcjonalnych i jakościowych. I tym sposobem pożegnałam się ze zbędnymi przedmiotami. Z podrapanymi od metalowej łyżki miskami do zupy ustępując miejsca wyszukanymi na wyprzedaży w Zara Home miseczkami z nieprzeciętnym detalem.

Drewniane łyżki za 1 zł na dziale gospodarstwa domowego zastąpiłam jedną ale za to wykonaną z jakościowego gatunku drewna z subtelnym detalem i uroczym jutowym sznureczkiem.

Słoiki do przechowywania suchej żywności ożywiłam napisami wskazującymi ich zawartość.

Wyeksploatowaną deskę do krojenia, która z racji braku warstwy ochronnej chłonęła zapachy krojonych na niej produktów wymieniłam na taką która nie dość wykonana jest z wysokogatunkowego drewna to jeszcze zachwyca designem.

Wszystkie garnki i patelnie pokryte toksycznym teflonem wymieniłam na zwykłe, wykonane ze stali nierdzewnej. Pozostał ze mną komplet sztućców, który choć ma już 13 lat nadal spełnia swoją rolę i designem wpisuje się w dzisiejsze trendy oraz przywołuje we mnie dobre skojarzenia, ponieważ był prezentem od mojej najlepszej koleżanki. Szklanki, które niegdyś wyszperałam w Auchan za 1zł sztuka wciąż mnie cieszą i nie planują ich wymieniać. Nadal jestem jeszcze na etapie wymiany kubków i filiżanek. Daję temu czas i nie chcę na gwałt kupować w pierwszym lepszym sklepie. Kubki do kawy czy herbaty używa się często a w myśl: ,,staraj się cieszyć drobnymi rzeczami, delektuj się każdym łykiem herbaty wypitej z ulubionej filiżanki” chciałabym aby były naprawdę piękne, wygodne w trzymaniu i miały odpowiednią pojemność dlatego nie spieszę się z ich zakupem. Czekam, aż trafią się jakieś godne uwagi.

Zanim dotarłam do kompaktowego zestawu przedmiotów, które faktycznie są mi potrzebne i cieszą moje oko, poświęciłam temu trochę uwagi, energii jak również pieniędzy aby dokupić przydatne przy organizacji przedmioty. Ale było warto! Dziś otoczona przyjaznymi mi przedmiotami przyjemniej spędzam czas w kuchni.

Być czy żyć?

Ostatnio po obejrzeniu dokumentalnego filmu ,,Nie dojechać nigdy” o człowieku, który spędził wiele lat pedałując przed siebie przez różne krańcach świata, naszła mnie refleksja na temat celu i możliwości jakie mamy w życiu. Bohater filmu, o którym wspomniałam większość swojego życia spędza w podróży, nie mając żadnego założenia, celu ani oczekiwań. Po prostu jedzie i tyle. Postawa tego człowieka natchnęła mnie do rozważa nad pewnymi charakterystycznymi działaniami człowieka, które roboczo określiłam dwoma krótkimi słówkami: ,,być” i ,,żyć”? Oba terminy mogą nieść za sobą nieco filozoficzne skojarzenia i mogłyby skłonić do głębokiej dyskusji czym one są i co dla kogo co znaczą. Mnie wbrew jakichkolwiek skojarzeń nie o filozofię chodzi a o życie tu i teraz, jednak w dwóch odmiennych założeniach.

Zacznę od tego jak interpretuję pojęcie ,,być”. Dla mnie ,,być” znaczy żyć z rozpędu, podejmując decyzje motywowane ,,bo wszyscy tak robią”, nie pytając samych siebie o zdanie, o to czy może ja sam wcale tego czy tamtego nie potrzebuję, a robię bo odczuwam nacisk otoczenia? ,,Być” to według mnie życie ze zgaszonym światłem w pomieszczeniu, które znamy na pamięć, więc mimo ciemności potrafimy w miarę sprawnie się po nim poruszać. Ale czy o to chodzi? Aby ,,być” dla samego bycia? Bez poczucia sprawczości i możliwości ruchów w życiu? Życia w ciemnym pokoju, w którym poruszamy się na pamięć? Krótko ujmując: ,,być” to dla mnie brak refleksji nad tym czy moje pragnienie rzeczywiście pochodzi z mojej potrzeby, czy z potrzeby jaką narzuciło na mnie otocznie?

A ,,żyć”? Żyć to pozwalać duszy wyrazić się w świecie poprzez nasze działania, spełnianie głębokich pragnień wysłuchanych w ciszy. To świadome rozróżnienie, kiedy przemawia przez nas ego, a kiedy prawdziwa głębia naszego istnienia. O istnieniu tych głosów pochodzących z serca lub z ego miałam okazję nie raz się przekonać dlatego pozwalam sobie na tego rodzaju wywód. Z pozoru życie osób z jednej czy drugiej grupy (,,być”/ ,,żyć”) mogą wyglądać podobnie. Jedni i drudzy mogą żyć w materialnym dostatku, podróżować, pracować, jeść, bawić i śmiać czy smucić. Jednak w moim odczuciu jest jedna podstawowa różnica. Ci pierwsi mimo pozornego spełnienia wszystkich warunków (które gdyby się zastanowić tak naprawdę narzuciło społeczeństwo) nadal odczuwają rodzaj pustki. Ale czemu się dziwić? Jak czuć się spełnionym wykonując coś co nie pochodzi z naszego serca? Podyktowani nie swoimi wyborami raczej nie odczujemy pełni. Najedzeni a jednak głodni. Gdyby przyjrzeć się drugiej grupę z obszaru nazwanego przeze mnie ,,żyć” tu spotkalibyśmy się z ludźmi z wielką pokorą i wdzięcznością za to co mają, co im się wydarza w życiu, z jakimi doświadczeniami się spotykają. Ludzie ci idą w kierunku własnego światła, które często świeci światłem skupionym prosto przed ich nogi. Wyzbyci pretensji, nie szukający winnych, wyposażeni w wielką dawkę akceptacji do wszystkiego co jest i jakim jest. Idący przed siebie niczym rowerzysta z filmu ,, Nie dojechać nigdy”.